TUDOR HOUSE WSPIERA CZYTANIE DZIECIOM

20 października w Centrum Olimpijskim w Warszawie odbył się II Bal Charytatywny organizowany przez Fundację”ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom”. Po raz kolejny partnerem wydarzenia był Tudor House, organizator corocznego festiwalu Whisky Live Warsaw. Continue Reading

Niebywałe : 480.000 $ za talię 54 kart ???

 

Historia rodziny Akuto sięga początków XVII wieku, kiedy to w miejscowości Chichibu ( półtorej godziny jazdy pociągiem z Tokyo) jej przedstawiciele rozpoczęli produkcję Sake ( 1626). Ichiro Akuto, właściciel destylarni Chichibu, reprezentuje już 21 pokolenie rodziny.

W czasie II wojny światowej, dokładnie w 1941 roku, dziadek Ichiro – Isouji Akuto  wybudował kolejną destylarnię Sake i Shochu w niewielkiej miejscowości Hanyu, położonej ok. 50 km od obecnej Chichibu. Tuż po wojnie, w 1946 roku destylarnia Hanyu otrzymała licencję na produkcję whisky. Początkowo, otrzymywany produkt zbliżony był charakterem do whisky zbożowej, a destylowany był w kolumnach, których używano również do produkcji innych alkoholi.

Nieco później kolumnę ze stali nierdzewnej zastąpiono kolumną miedzianą. Pierwszym produktem destylarni była whisky Golden Horse, mieszanka szkockich destylatów z rodzimą whisky grain. Co ciekawe, nazwa została zaskarżona do japońskiego sądu, jako próba podróbki, czy podszycia się pod znaną na świecie szkocką whisky White Horse, jednak ówczesny właściciel, firma DCL przegrała proces. W roku 1980 podjęto dość ryzykowne kroki, zmodernizowania destylarni i zbliżenia jej charakterem do producentów szkockich. W tym celu zainstalowano dwa miedziane alembiki, a wodę najwyższej jakości zaczęto sprowadzać z miejscowości Chichibu.

Dlaczego miały to być ryzykowne kroki ? Ryzyko wiązało się z trzyletnim okresem dojrzewania w beczkach, wymaganym przez prawo europejskie, w trakcie którego można było myśleć tylko o topniejącym kapitale, a na pewno nie o zyskach. Trzy lata to zbyt długi okres, jeśli czas inwestycji nie jest właściwy. A ten nie był. Próby utrzymania destylarni, które trwały do 2000 roku , z powodu słabnącej zyskowności , zmusiły właścicieli do jej zamknięcia i szukania szansy w odsprzedaży.

W owym czasie Ichiro Akuto pracował w koncernie Suntory jako brand manager i handlowiec, mając już znaczne doświadczenie w branży whisky.  Został on poproszony przez ojca o przybycie na miejsce , aby pomóc w przeprowadzeniu transakcji sprzedaży. Jednak Ichiro podjął inną decyzję, sprzedając jedynie teren, na którym znajdowała się destylarnia  producentowi shochu z Kyoto, który nie był zainteresowany przejęciem całej destylarni i kontynuacją destylacji whisky z dwóch powodów:

  1. W Japonii trwała recesja
  2. Whisky nie była tak popularna jak Sake i Shochu, a te produkuje się dużo szybciej, bez zbędnego oczekiwania trzech lat na finalny produkt.

Wyposażenie destylarni zostało zdemontowane i odkupione przez Ichiro z myślą o własnej destylarni. Jednak w jej magazynach  pozostało jeszcze ok. 400 beczek z dojrzałą whisky, z lat 1985-2000, którą jak wspomniałem wcześniej, nowy właściciel nie był zainteresowany . Finansowe wsparcie od jednego z producentów Sake pomogło Ichiro stać się posiadaczem wszystkich beczek Hanyu. W 2005 roku, dla tego charyzmatycznego wizjonera pojawiło się światełko w tunelu i szansa na własną destylarnię, o której marzył od lat. Fundusze zostały zebrane, a na przedmieściach jego rodzinnego miasta Chichibu stanęła destylarnia, która licencję na destylację otrzymała w 2008 roku. Jednak urządzenia destylarni Hanyu, ze względu na ich stan techniczny , nie nadawały się do instalacji w Chichibu, trzeba było zakupić nowe.

Część zapasów whisky zakupionych z Hanyu została zabutelkowana w serii Playing Cards, część do dziś wykorzystuje się w edycjach Ichiro’s Malt.

Gdyby ktoś w 2005 roku zdecydował się na zakup pierwszych single cask z karcianej serii i wytrwał do 2014 roku, kiedy ukazała się ostatnia z nich ( Joker), byłby dziś posiadaczem 54 butelek o wartości rynkowej ok. pół miliona dolarów.

Ostatnio stałem się szczęśliwym posiadaczem trzech wersji Ichiro’s Malt, a mianowicie wersji Double Distilleries, Mizunara Wood Reserve oraz Wine Wood Reserve.

Seria wydawana jest co pewien czas, ale receptura jest zawsze zbliżona. Skoro to blended malt, w skład finalnego produktu wchodzą destylaty różnych destylarni.

Do stworzenia wersji Double Distilleries wykorzystano single malt pochodzące z japońskich destylarni Hanyu i Chichibu. dojrzewające w beczkach po Bourbonie, beczkach typu Sherry hogshead, , Puncheon a nawet beczkach wykonanych z dębu Mizunara.

Wg zapewnień właściciela- Ichiro Akuto, średni wiek destylatów można śmiało określić na 10 lat.

Gdyby ktoś zapytał o odpowiednie proporcje każdej serii ( batch), spieszę z wyjaśnieniem- jedyną uczciwą odpowiedzią jest stwierdzenie, że im nowsza edycja tym wzrasta udział Chichibu a maleje udział Hanyu, głównie ze względu na ograniczone, topniejące zapasy tej drugiej. A to oznacza, że najnowsza seria zbliżona jest  charakterem bardziej do Chichibu.

Jeśli chodzi o Wine Wood Reserve, to międzynarodowy blended malt, tworzony na bazie Chichibu oraz whisky szkockiej, które dojrzewały w Japonii i które zostały poddane procesowi finiszowania w beczkach po czerwonym winie, pochodzącym z Burgundii, Nowej Zelandii a nawet Japonii. Okres finiszowania trwa od kilku miesięcy do roku. Po zblendowaniu, finalny produkt przelewany jest do tzw. kadzi Ovum ( kto odwiedził Chichibu ten wie o czym mówię) , wykonanej z francuskiego dębu i posiadającej kształt dużego jaja.

Wreszcie Mizunara Wood Reserve, gdzie podobnie jak u poprzedniczki w recepturze znajdziemy whisky Chichibu oraz pewną szkocką, dojrzewające na miejscu, w destylarni Chichibu. Wszystkie destylaty wchodzące w jej skład  finiszowane były w beczkach typu hogshead wykonanych z japońskiego dębu, po czym całość jeszcze na kilka tygodni została przelana do Mizunara vat, kadzi o pojemności 3000 l.

Wszystkie z nich zabutelkowano z podwyższoną mocą 46%, bez filtracji. 

Co ciekawe, opcjonalnie w niektórych „ batch” zarówno wersji Wine Wood jak i Mizunara Wood, pojawiają się pewne ilości Hanyu, ale w której, wie tylko właściciel Ichiro Akuto i Yumi Yoshikawa. Nam pozostaje jedynie sfera domysłów.

Miłośnikom Japonii , a w szczególności produktów desygnowanych marką  Ichiro Akuto gorąco polecam zakup, tym bardziej , że ich ograniczona ilość znika z półek w zawrotnym tempie. A kto wie, czy pewnego dnia nie staną się one podobnym obiektem pożądania jak wspomniana seria Playing Cards.

 

 Ups and downs  destylarni Tullibardine…

Przezwyciężając wiele minionych wyzwań oraz trudności, przed destylarnią położoną w Blackford rysuje się świetlana przyszłość. Jednak będąc uczciwym, należy przyznać, że  historia destylarni Tullibardine pełna jest wzlotów i upadków. Owoc wyobraźni  sławnego budowniczego destylarni Williama Evansa, odpowiedzialnego także za destylarnie Jura i Glenallachie rozpoczął działalność w 1949 roku i jak się zwykło przypominać, był pierwszą destylarnią otworzoną w Szkocji po niesławnym kryzysie branży, wywołanym przez braci Pattison pod koniec XIX wieku. Chociaż prawdą jest że kryzys ten pochłonął wiele ofiar i wyhamował wznoszącą falę na której powstawały destylarnie, tak naprawdę dwa inne projekty poprzedziły otwarcie Tullibardine. Były to  Malt Mill w 1908 i Inverleven w 1938 roku.

Destylarnia powstała na miejscu dawnego browaru w Blackford, w regionie Perthshire, nieopodal autostrady A9. Teren ten mógł się poszczycić długoletnią tradycją piwowarską, sięgającą korzeniami do 1488 roku, kiedy to w drodze na koronację król Jakub IV zatrzymał się w okolicy, aby piwem ugasić pragnienie.  Miejscowość Blackford jest także siedzibą firmy Highland Spring, butelkującej najwyższej jakości wodę.

Pierwsze dni działalności destylarni to czasy prosperity i produkcji pełną parą. Niewiele później nieudana próba wrogiego przejęcia przez ważnego odbiorcę spowodowała odcięcie destylarni od zamówień, zmniejszenie produkcji i kłopoty z przepływem gotówki. Z pomocą przybył pośrednik handlowy i blender  z Glasgow- Brodie Hepburn, który finalnie odkupił destylarnię w 1953 roku. Niecałe dwie dekady później, destylarnię przejęła firma Invergordon Distillers, rozbudowując ją o kolejną, drugą parę alembików. W 1993 roku pojawił się kolejny właściciel, firma Whyte & Mackay. Zaledwie rok później , uznając ją jako niepotrzebną część swojego port folio ,Whyte & Mackay zamknął Tullibardine, otwierając tym samym drogę do niemalże 10-cio letniej przerwy w jej działalności. Ten smutny okres historii destylarni został przerwany w 2003, kiedy to grupa prywatnych inwestorów zakupiła ją za 1,1 mln funtów. W roku 2011 destylarnię przejęła firma Terroir Distillers , filia grupy Maison Michel Picard, która swoje początki budowała jako mała firma winiarska. Pierwszymi krokami w branży whisky było odkupienie od Glenmorangie  w 2008 roku dwóch marek whisky mieszanej : Highland Queen i Muirhead.

Od tego czasu przez destylarnię przeszła lawina inwestycji, a właściciele przejęli kontrolę nad każdym etapem produkcji, od dostarczania słodu jęczmiennego począwszy , do finalnego opakowania produktu.Co więcej, przejęto także przylegające do destylarni centrum handlowe wraz z parkingiem, przekształcając całość zarówno we własny „ bottling plant” jak również „ cooperage center”. Zwiedzający destylarnię będą dzięki temu mieli okazję przyjrzeć się procesowi produkcji od początku do samego końca. Własne stanowisko bednarskie z uwagi na niesławną przeszłość ( produkcja whisky na potrzeby średniej jakości blendów) było istotne, gdyż  umożliwiało kontrolę jakości nad drewnem w którym whisky dojrzewa, a jak wiemy „ wood makes whisky”.

Dodatkowo, będąc właścicielami znacznej ilość beczek winnych, z rodzinnych winnic położonych w regionie Burgundii, destylarnia nie może narzekać na ich brak, nawet takich, w których dojrzewały wybitne wina. Pośród nich znalazły się chociażby te, wykorzystane do produkcji Tullibardine 228 Burgundy Finish, edycji która powstała poprzez przelanie destylatu z beczek 1st fill Bourbon do beczek po czerwonym Pinot Noir pochodzącym z Chateau de Chassagne Montrachet na 18 miesięcy.

Mimo wielu trudności, które napotkały destylarnię w trakcie jej historii, jak częste zmiany właścicielskie, wyhamowana produkcja, sprzedaż destylatu głównie firmom blendującym czy niemalże 10-cio letnia przerwa w działalności, udało się obecnym właścicielom odnaleźć niezły zapas whisky, napełnionej przez poprzedników do wysokiej jakości beczek. Były to głównie beczki pierwszego napełnienia po Bourbonie, ale także po Sherry. Odkupiono także od pośredników znaczące ilości mocno dojrzałego już destylatu. Odpowiednio duży stock wiekowej,  wysokiej jakości whisky umożliwił wprowadzenie na rynek dwóch wiekowych wersji: 20 i 25 yo. Do tego doszły dwie limitowane edycje z serii Custodians Collection, Vintage 1970 i 1962, chociaż serię zapoczątkował Tullibardine z 1952 roku.

Wszystko wskazuje na świetlaną przyszłość destylarni oraz coraz to nowe wersje, które będą pojawiać się na półkach sklepowych. Jedyne, czego nie zmieniono w destylarni, to wyposażenie techniczne, które w identycznej formie funkcjonuje od lat 70-tych.

W najnowszej Whisky Bible 2018  Tullibardine oceniono niezwykle wysoko. Sam autor Jim Murray ma w branży wielu wrogów, wielu nie zgadza się z jego ocenami a nawet próbuje kpić z jego wiedzy. Miałem okazję spotkać autora osobiście, nawet dwukrotnie i śmiało mogę stwierdzić, że wrogość do jego osoby musi wypływać z bardzo niskich pobudek. Mało kto miał okazję przetestować tak wiele gatunków whisky, mało kto tak jak on potrafi opisać jej aromaty i smaki .

A że często nie zgadzamy się z jego wyborami… no cóż ocena whisky była, jest i zawsze pozostanie rzeczą subiektywną.

Najwyższą notę w Whisky Bible otrzymał Tullibardine 1970- 96,5 pkt/100, a komentarz do niej wyglądał następująco: „mimo że jestem profesjonalnym pisarzem i na co dzień ( przekuwam słowa na papier), żadne ze słów nie jest w stanie oddać sprawiedliwości co do jakości tego trunku.”

Tullibardine The Murray ( 12 yo first fill Bourbon cask strength)- 94,5 pkt/100

Tullibardine 20 yo- 92,5 pkt/100

Tullibardine Sovereign- 89,5 pkt/100

Nie pozostaje nic innego, jak podążyć za ocenami autora Biblii , zaangażować własne zmysły , a po degustacji  zaakceptować lub zweryfikować jego werdykt.

Czym irlandzka whiskey różni się od innych…

Na ostatnim festiwalu WLW spotkałem  przy jednym ze stoisk z „ irish” miłośnika whisky, który stwierdził, że nie lubi irlandzkiej, gdyż wszystkie, które próbował smakują tak samo.

Skłoniło mnie to do napisania kilku słów o tym gatunku, o czym poniżej.

Nie będę nawiązywał do wątków historycznych, które doprowadziły branżę whiskey w Irlandii do upadku, do bogatego dziedzictwa, do zbyt powolnego adoptowania wynalazku, jakim była kolumna destylacyjna, czy do błędnych przekonań o różnicach pomiędzy irlandzką a szkocką.

Zwróciłem jedynie uwagę na wysoce ważną kwestię, o której zdaje się nie wszyscy pamiętają, albo po prostu o niej nie wiedzą.

Możliwe że wszystkie whiskey, których próbował smakowały tak samo, ponieważ przez długi czas tak faktycznie było. W latach 70-tych XX wieku wybudowano potężną destylarnię whiskey w Cork. Budowę poprzedziło połączenie sił starej destylarni Midleton , powstałej w 1825 roku z firmami Powers i Jameson.

Ta mega- destylarnia uzyskała także kontrolę nad jedyną inną destylarnią na wyspie- Bushmills.

Zatem przez lata Bushmills, Paddy, Jameson ,Powers i Tullamore Dew – wszystkie one produkowane były z tych samych komponentów, może z nieco inną recepturą.

Historia ta, jak i receptury zostały opisane przez jedynego ocalałego, znającego branżę : Johna Teelinga w jego pracy doktorskiej na uniwersytecie Harvard. Chociaż nie do końca to skłoniło Johna do napisania pracy. Warto wspomnieć, że pod koniec XVIII wieku w samym Dublinie działało 37 niezależnych destylarni whiskey, większość z nich w tzw. Liberties area. Z powodu dramatycznego spadku sprzedaży, większość z nich została zamknięta. Liczba destylarni w Irlandii spadła z ponad 100 w 1886 roku do zaledwie dwóch w 1970.

To właśnie skłoniło Johna Teelinga do przyjrzenia się tematowi bliżej.

Reasumując, cofając się kilka dekad wstecz, każda whiskey irlandzka mogła smakować tak samo, bo różniła się tylko nazwą na etykiecie a nie zawartością.

A teraz kilka słów na temat definicji „ irish” :

  1. Irish Whiskey Act z 1980 roku przewiduje, że whiskey musi być tworzona z zacieru zbożowego, bez konkretnych uwarunkowań dotyczących procesu słodowania. A to oznacza, że w sposób unikatowy można ją destylować w alembikach z mieszanki słodu jęczmiennego i świeżego, niesłodowanego jęczmienia. Ten rodzaj whiskey określany jest jako „pot still „ i uznawany przez wielu jako prawdziwy irlandzki styl.  Ale nie tylko jęczmień , na dowód czego warto tu wspomnieć o eksperymentach destylarni Cooley z owsem. Wg doniesień, Jameson był ostatnim producentem, który przed laty zaprzestał używania owsa w swoich recepturach, a Irish Distillers ogłosiło ostatnio, że posiada 160 akrów zasianych żytem do użytku przy produkcji whiskey. Na tę innowację wpływ miało odzyskanie archiwalnych rejestrów. W zapiskach tych odkryto różnorodne receptury, wykorzystujące przeróżne odmiany zbóż.
  2. Ten sam akt nie narzuca obowiązku używania dębu do maturacji whiskey. Określa jedynie, że musi ona dojrzewać z drewnianych beczkach , dąb nie jest jednak obligatoryjny. Oczywiście zaletą dębu jest przede wszystkim jego trwałość, dostępność czy spójność aromatów. Jednak liberalny język aktu wręcz namawia do eksperymentowania.  Eksperymenty z kasztanowcem czy akacją już trwają.
  3. Chociaż suszenie słodu jęczmiennego przy pomocy torfu nie jest tak popularne w Irlandii jak to ma miejsce w Szkocji, we wspomnianym dokumencie nie ma żadnych zapisów zabraniających używania go. Destylarnia Cooley używała torfu do produkcji Connemary, obecnie zarówno Teeling jak i Nephin destylują okresowo dymny alkohol.
  4. Nie ma tu także żadnych wzmianek o wymaganej liczbie destylacji. W trakcie swojej podróży po Irlandii w 1891 roku, historyk Alfred Bernard zapisał, że destylarnia Cassidy, położona na południe od Dublina destylowała swoją whiskey dwukrotnie, bez żadnego komentarza czy sugestii, jakoby była to jak na Irlandię dość dziwaczna metoda. Obecnie zarówno Teeling, Cooley jak i Echlinville eksperymentują z podwójną destylacją.

Co czyni whiskey irlandzką inną, to z pewnością ogromny potencjał innowacyjności w granicach prawodawstwa.

Na koniec krótkie sprostowanie na temat różnic w pisowni po między whiskey irlandzką a whisky szkocką.

Faktem jest, że prohibicja w USA zamknęła ten największy rynek przed producentami irlandzkiej, że ich miejsce zajęły struktury mafijne, którym zależało nie tyle na jakości, ile na sprzedawanych ilościach. A przy ograniczeniach w dostępności, piło się co popadnie. Prohibicja przeminęła, a w umysłach ludzkich pozostał niesmak po kiepskiej jakości pseudo irish, produkowanej w garażach czy piwnicach należących do Al Capone.

Zapominamy jednak, że wiele znanych marek irlandzkich wprowadziło nową pisownię już w połowie XIX wieku, zatem długo przed prohibicją.

Wspomniałem na wstępie, że XIX wieczna irish była tą, którą pił cały świat, jako jedyną wartą grzechu. Kiedy Dublin był światowym epicentrum whiskey, posiadał 25% udziałów w produkcji krajowej. Jednak pozostałe 75% zajmowała wiejska produkcja, dużo niższej jakości. Wielkie nazwiska jak Jameson czy Powers postanowiły zróżnicować pisownię, aby wskazać potencjalnemu klientowi różnicę jakościową.

Na niewiele się to jednak zdało, bowiem kilka destylarni z Dublina odmówiło zmiany pisowni, powołując się na tradycję. Wiele wiejskich producentów zaczęło w tym samym czasie iść śladem wielkich nazwisk.

Zatem pisownia przez „ ey” to bardziej skomplikowany proces, niż tylko pechowy 13-sto letni okres prohibicji , wprowadzony 18-tą poprawką do konstytucji i nazwany „ szlachetnym eksperymentem”.

Pozostaje mieć nadzieje, że najgorsze , co mogło przydarzyć się „ irish” już się przydarzyło, że obecnie przed tą kategorią rysuje się świetlana przyszłość.  Do 1987 roku działały w Irlandii tylko dwie destylarnie, następnie dzięki Cooley krajobraz się zmienił. Obecnie mamy około 30 destylarni, część z nich produkuje, część przygotowuje się do produkcji. To nadal mniej niż w Szkocji, ale skok z zaledwie dwóch czy trzech do trzydziestu jest niewątpliwie oszałamiający. Ja z pewnością będę trzymał kciuki za ten segment, bowiem nic bardziej nie niszczy produktu niż zapędy monopolistyczne.

Wiekowa tradycja o aromatach Świąt – Glenfarclas

 

Nic nie zapowiadało kultu jednostki, uznania jakim cieszy się obecnie whisky Glenfarclas, kiedy w 1836 roku  założyciel destylarni Robert Hay wykupił licencję na destylację w miejscowości Ballindaloch region Speyside.  Nic też nie wskazywało na świetlaną jej przyszłość w roku 1865, kiedy po śmierci właściciela destylarnię zakupił John Grant za sumę niecałych 512 funtów. Co więcej, znając historię wielu innych destylarni, nikt nie postawiłby funta na zakład, że po upływie ponad 150 lat, Glenfarclas będzie nadal produkował whisky, pozostając od sześciu pokoleń w rękach tej samej rodziny, a co najważniejsze : że whisky będzie najwyższej jakości.

Tak niewiele destylarni może poszczycić się dziś niezależnością, większość od dawna jest własnością międzynarodowych koncernów, które w sposób znacząco odmienny patrzą  na swój finalny produkt, głównie poprzez pryzmat wyników finansowych na koniec roku.

W Glenfarclas wszystko zdaje się być dużo prostsze. Firmą zawiaduje jeszcze piąte pokolenie rodziny w osobie Johna Granta, będącego prezesem oraz jego syna Georga Granta, będącego dyrektorem sprzedaży.

Stanowcze i niezmienne od początku podejście do polityki maturacji jedynie w beczkach ex Sherry pomaga produkować whisky bogatą, zdolną do niezwykle długiego dojrzewania, którego proces wspomagany jest przez wyjątkowo niskie, roczne odparowywanie destylatu.

Za średnią w Szkocji przyjmuje się ok. 2% tzw. Angel’s Share, podczas gdy Glenfarclas traci rocznie niewiele ponad 0,5%. Wg niektórych stoi za tym specyficzny, chłodny mikroklimat, jednak nawet George Grant nie zgadza się z takim wyjaśnieniem.

Wszystkie magazyny destylarni to tzw. dunnage warehouse, tradycyjne, wykonane z kamienia , z klepiskiem zamiast betonowej wylewki, które same w sobie tworzą pewien mikroklimat. To nie pogoda na zewnątrz, tylko warunki panujące w zimnych, wilgotnych pomieszczeniach sprawiają kłopot aniołom, dość mocno ograniczając odparowywanie destylatu z beczek.

Obecnie Glenfarclas posiada 34 magazyny typu dunnage, na odbiór służb celnych czekają gotowe już kolejne cztery. Łącznie w 38 magazynach spoczywać będzie 75 tysięcy beczek po Sherry wypełnionych destylatem.

Pozostawanie od sześciu pokoleń w rękach rodziny pozwala destylarni na zachowanie ciągłości i spójności procesu produkcji, czego odzwierciedleniem jest tworzenie whisky na wciąż niezmienny, tradycyjny sposób. Glenfarclas przeżył 22 recesje, które dopadły branżę. W latach 80-tych, kiedy destylarnie ograniczały/wstrzymywały produkcję , a wiele zostało zamkniętych, Glenfarclas ją zwiększył. Gdy nastąpiła poprawa sytuacji ekonomicznej, destylarnia miała wystarczająco dużo whisky do sprzedaży. Zawsze produkowano tyle, na ile było ich stać, nigdy na swą działalność nie pożyczano pieniędzy.

Stosunkowo niewielki procent whisky , sprzedawanej firmom blendującym, w stosunku do tej butelkowanej jako single malt miał również pozytywny wpływ na duże ilości dojrzałego destylatu spoczywającego w magazynie.

Awersja do firm niezależnych i zakaz umieszczania nazwy destylarni na ich produktach także wspomogła utrzymanie silnej tożsamości marki.

Czemu akurat awersja do firm niezależnych… powód wydaje się być dość oczywisty. Glenfarclas nie sprzedaje beczek z dojrzałym destylatem, jedynie „ New Make” , czysty destylat prosto po destylacji. Stosując samemu restrykcyjną politykę beczkową i nie mając kontroli nad tym, w jakiej jakości beczkach jego destylat będą przechowywać firmy niezależne, decyzja taka wydaje się być jedyną słuszną.

Wszystkie beczki po Sherry, w których spoczywa Glenfarclas pochodzą z jednej, niezmiennej od lat hiszpańskiej bodegi Miguela Martina. Wszystkie to Sherry butt lub hogshead wykonane z europejskiego dębu.

Wg zapewnień właścicieli, do butelkowania wersji standardowych , tzw core range używa się w odpowiednich proporcjach beczek 1st i 2nd fill.

 

Jednak tradycja wcale nie oznacza braku innowacyjności. Warto tu wspomnieć zarówno o wersji Glenfarclas 105, butelkowanego z mocą 60% od 1968 roku, można zatem przyjąć, że destylarnia była pionierem we wprowadzeniu na rynek wersji „ cask strength”,  jak i rodziny Family Cask, czyli krótkich, limitowanych edycji, pochodzących z jednej beczki tzw, single cask, które pojawiły się na rynku w 2007 roku.

Glenfarclas posiada najszerszą, najbogatszą ofertę takich Vintages, łącznie z destylatem pochodzącymn z 1954 roku, chociaż ostanie lata ogromnego boom’u na whisky sprawiły, że kilka roczników ( 1957 czy 1984) skończyło się bezpowrotnie.

Wieloletnia wiara i przeświadczenie  w  słuszność swojej polityki, czyli sprzedaży własnych single malt , zamiast oferowania destylatu firmom blendującym  z pewnością się opłacała i odpłaca teraz z nawiązką za te odważne decyzje sprzed lat.

Jak zatem smakuje Glenfarclas :

Przyjrzyjmy się na początek wersji 105, która mimo swej mocy jest słodka, pikantna, bogata i w pełni ukazuje charakter destylarni . Jej aromaty z pewnością przywołają magię Świąt, z suszoną śliwką , piernikiem, daktylami, skórką pomarańczową i poranną espresso.

Nazwa 105 nawiązuje do brytyjskiego systemu określania mocy alkoholu „proof”, będącego wynikiem przemnożenia faktycznych procentów przez ułamek 7/4. Obecnie określilibyśmy to jako 120 proof, chociaż teraźniejszy system jest z pewnością łatwiejszy niż podpalanie nasyconego destylatem prochu strzelniczego.

Zerknijmy jeszcze na wersje 15 yo, która jest ulubioną whisky samego Georga Granta. Nie wiem czy sugerował się tą oceną Jim Murray, autor „ Whisky Bible”, kiedy  ocenił ją w swojej książce na 95 punktów.

Whisky ma min 15 lat, chociaż według zapewnień George, uszlachetniona jest dużo starszymi destylatami.

Pachnie rodzynkami, orzechem włoskim, cynamonem, ciemnymi winogronami , posiada niezwykle oleistą, maślaną konsystencję.

Moim zdaniem, Glenfarclas to jedna z najlepszych whisky na rynku pod względem stosunku cena/jakość. To także wybór „ must” dla wszystkich miłośników whisky z beczek po Sherry.

A ponieważ zbliżają się Święta, butelka tej whisky doskonale wpisze się w spektrum aromatów dochodzących ze stołu.

Magia not degustacyjnych

Coraz częściej w świecie whisky napotykamy butelki czy to blendu czy single malt ze wskazówkami na etykiecie, lub na broszurce zawieszonej na szyjce, jak ona smakuje. Opis ten zazwyczaj podawany jest w formie „tasting notes”- not degustacyjnych, które sugerują kupującemu, że doświadczy on niezwykłych aromatów i smaków w trakcie delektowania się nią, a które dość rzadko niosą jakiekolwiek podobieństwo do tego, czym jest whisky. Warto uzmysłowić sobie, że opisy te to nic innego, jak pewien trend , moda , podchwycona przez działy marketingu, a skoro coś jest modne, trzeba to w odpowiedniej formie podać. W rzeczywistości, efektem tego zabiegu jest dezorientacja w głowach konsumentów i jeszcze większa mglistość na temat tego, czego powinni oni szukać w butelce whisky. Jest z pewnością wielu ludzi, którzy szczerze chcą nauczać o whisky, jednak wstawianie durnych opisów na jej temat nie jest metodą prowadzącą do oświecenia. Opisy takie mogą być użyteczne, ale tylko wtedy, kiedy konsument potrafi je interpretować ze zrozumieniem, z odrobiną cynizmu i zdolnością odseparowania prawdy od reklamy. Nasz odzew na reklamę zależy w dużej mierze od wiedzy na temat produktu. Jeśli wiedza na temat whisky jest niewielka, konsument może być mocno rozczarowany notami, wg których zasiadając nad kieliszkiem, powinien zdecydowanie wyczuć aromat pomarańczy unoszący się nad łąką usianą kwiatem konwalii. Nie przyjdzie mu też do głowy, że drogi zakup na lotnisku to w rzeczywistości wątpliwej jakości whisky, napełniona z kiepskiej jakości, przepracowanej beczki, która pozostawała zbyt długo w magazynie.

Zatem zanim rozpoczniemy naszą poetycką twórczość na jej temat, warto zagłębić się w historię, ponieważ wszystko ma swoje korzenie i aby wiedzieć gdzie jesteśmy, warto wiedzieć skąd przybyliśmy. Dżentelmen ery Wiktoriańskiej pił whisky, gdyż kojarzyła się ona z kiltem, tartanem i mistycznym regionem Highland. Następnie przebyła ona ocean na barkach brytyjskiego imperium. Nieco później robiła karierę za oceanem, kiedy z powodu prohibicji stała się jeszcze bardziej pożądana. Nikt wtedy z osób ją sprzedających nie miał ambicji wspominać, jak ona smakuje. Pito ją dla pewnej formy satysfakcji czy gratyfikacji. Dopiero w latach 90’ producenci poczuli taką potrzebę , choć jak wspomniałem wcześniej, większość opisów whisky raczej burzy sam jej rytuał niż jest w jakikolwiek sposób pomocna. Większość z nich opisywana jest bowiem wg niemal identycznego schematu.

Sama idea , że whisky powinna smakować wybornie wypłynęła na fali rewolucji single malt, która rozpoczęła się w latach 60’ i nabrała tempa w latach 80’. Do lat 60’ nie pito nic innego jak whisky blendowaną, może z wyjątkiem kilku osób, które wiedziały gdzie zdobyć malt whisky. Moda na single malt nakręcana była przez samych konsumentów: ktoś kto spróbował tej odmiany opowiedział o niej swoim znajomym, poczęstował ich, powiększając tym samym krąg miłośników unikatowego smaku, jakże odmiennego od tego, czego doświadczali dotychczas. Pierwsze próby działów marketingowych z lat 80’zawiodły, gdyż próbowano sprzedać single malt takimi samymi metodami jak dotychczas whisky mieszaną, z koła nigdy nie zrobimy kwadratu.

Pierwsze próby w miarę obiektywnego opisania smaku whisky pojawiły się w 1979 roku, wraz z powstaniem centrum badawczego „ Pentlands Scotch Whisky Research Centre. Zastosowano tu metodologię znaną już od 1824 w branży winiarskiej, kiedy to szkocki naukowiec Alexander Henderson napisał „ The history of ancient and modern Wines”.
Następnie w roku 1983 Phillip Hills wraz z przyjaciółmi założył Scotch Malt Whisky Society, organizację, która kupowała beczki z whisky, butelkowała ich zawartość i sprzedawała na podstawie zamówień wysyłanych pocztą członkom organizacji. Założyciele szukali sposobu na przekazanie na odległość potencjalnym klientom, jak smakuje zamówiona przez nich butelka z whisky. Posłużyła im do tego terminologia winiarska, dopasowana odpowiednio do mocnego alkoholu jakim jest whisky.

Może nie zawsze pisana na poważnie, może czasami zbyt poetycka, ale z pewnością oddająca w sposób metaforyczny charakter trunku, pracująca obrazami , pobudzająca wyobraźnię. Minęło wiele lat, zanim destylarnie uzmysłowiły sobie siłę takiego przekazu i postanowiły podążyć tym samym torem. Jednak trzeba znać dobrze branżę whisky, aby zrozumieć, że noty tastingowe pisane są w celu nakręcenia sprzedaży i nie zawsze odzwierciedlają prawdę ukrytą w butelce.

Branża to jedna strona medalu, po drugiej Internet pełen opisów, często podkradanych na zasadzie „ kopiuj – wklej”. Skoro większość z nich opisuje whisky jako słodką, owocową, skoro większość oceniana jest w skali 0-100 na 80+ punktów, to możemy odnieść wrażenie że większość z nich smakuje tak samo. A nie smakuje. Co więcej, każda ocena whisky, nawet napisana przez największego „ guru” jest tylko i wyłącznie jego subiektywną oceną. Skoro subiektywną, innymi słowy stronniczą, zależną od podmiotu opisującego, to niewiele nam ona mówi. Zakończę temat prostym przykładem: whisky Floki z destylarni Eimverk w Islandii. Dla wielu wytrawnych znawców whisky jej jakość pozostawiała wiele do życzenia , choć dziwnym trafem jako pierwsza zniknęła z półek sklepu festiwalowego WLW. Zakładam, że jej nabywcy nie byli zmuszani do zakupu, kierowali się własnym sumieniem, a mimo to można by ją nazwać bestsellerem festiwalowym. To dobrze, że się różnimy, że mamy odmienne gusta, że każdemu z nas smakuje co innego. Tylko w ten sposób destylarnie na całym świecie rosną jak grzyby po deszczu a ich produkty jednych cieszą , drugich nie. Nie ma tu miejsca na obiektywizm czy uniwersalizm, każdy z nas poszukuje w whisky innych wrażeń i każdy ma swoją rację. Tym optymistycznym akcentem, w tak pięknych okolicznościach przyrody pozdrawiam wszystkich miłośników whisky.

Amrut – Pierwsza destylarnia z Indii produkująca single malt !

Konsumpcja whisky na świecie znajduje się nadal w trendzie wzrostowym. Porównanie roku 2016 do 2015 pod względem importu do Polski wyraźnie wskazywało na utrzymywanie się tego trendu, choć pierwsze trzy kwartały tego roku można porównać do korekty spotykanej na giełdzie czy na rynku walutowym. Sprowadzono mniej whisky niż roku temu, choć  o większej wartości. Czyżby klient zaczął poszukiwać droższych butelek, uciekając od masowych pozycji… ? Tak czy inaczej widać , że świat pokochał whisky i co ciekawe, patrząc chociażby na nagrody przyznawane na przeróżnych międzynarodowych konkursach, nie tylko whisky szkocką. Whisky produkowana jest na wszystkich kontynentach i napotkanie butelki wypełnionej trunkiem destylowanym w Australii, Japonii, Szwecji, Japonii czy na Tajwanie nikogo już nie dziwi. Przyjrzyjmy się więc jednemu z takich producentów, o którym jeszcze dziesięć lat temu mało kto wiedział. Mam na myśli destylarnię Amrut, położoną w Indiach, w mieście Bangalore. Jej historia jest długa niczym niepodległość Indii.  W 1948 roku, kiedy Indie wkraczały do grona niepodległych państw, destylarnia Amrut rozpoczęła produkcję alkoholu. Początkowo głównym zajęciem było dostarczanie alkoholu na potrzeby armii, do kantyn rozsianych po całym kraju, Ministerstwa Obrony oraz okolicznych sklepów w granicach Bangalore. Przejęcie sterów firmy przez syna założyciela zmieniło zarówno profil produkcji jak i postrzeganie destylarni.  Pierwsza butelka single malt pojawiła się na rynku w 2004, a co najciekawsze- pierwszym rynkiem , który miał okazję ją wypróbować była Wielka Brytania. Syn założyciela, który studiował w Anglii postanowił rozesłać próbki whisky do wielu indyjskich restauracji, jak również podstawiać próbki swojej whisky na wielu organizowanych ślepych degustacjach, tak aby nikt nie sugerował się etykietą i krajem pochodzenia, tylko jakością samą w sobie. Plan niewątpliwie powiódł się, gdyż w 2010 roku destylarnia wyeksportowała 10 tysięcy kartonów. Amrut pracuje na lokalnych produktach. Jęczmień pozyskiwany jest z północy kraju, rosnąc u podnóża Himalajów, słód jęczmienny przygotowywany jest w miejscowości  Jaipur ( Radżastan) oraz Delhi, destylacja odbywa się na miejscu, w Bangalore.  Do niektórych wersji  używany jest dymny słód, ten sprowadzany jest bezpośrednio ze Szkocji. Wszystkie odmiany whisky Amrut butelkowane są bez filtracji na zimno oraz bez barwienia karmelem. Warunki panujące w magazynach Amrut różnią się diametralnie od tych, które spotykamy w Szkocji.  Temperatury dochodzące do 40 st C i rzadko spadające poniżej 20 st C powodują dużo większe odparowywanie alkoholu ( Angel’s Share), od 10 do nawet  12% rocznie. A to sprawia, że butelkowanie wersji starszych niż 5-6 lat staje się ekonomicznie pozbawione sensu.

Przykładem kosztów takiej operacji niech będzie najstarsza w historii destylarni edycja Greedy Angels 12 yo, która po 12 latach leżakowania straciła ok. 80% zawartości beczki, co znalazło odzwierciedlenie w wysokiej  cenie detalicznej na poziomie 4 tysięcy zł.  Mimo swojej ceny wszystkie butelki sprzedały się w mgnieniu oka.

 

W tym roku pojawiła się młodsza wersja Amruta Greedy Angel’s  8 yo, bardziej przystępna cenowo, czterokrotnie tańsza od poprzedniczki, mimo że na przestrzeni ośmiu lat z beczek  spoczywających w magazynach w Bangalore  odparowało  niemalże 70 % destylatu.

Destylarnia produkuje wiele wersji, przyjrzyjmy się zatem trzem z nich. Na początek, jedna z podstawowych wersji zwana Fusion. Fusion, czyli połączenie, fuzja, to whisky stworzona poprzez wykorzystanie do produkcji jęczmienia pochodzącego z dwóch różnych kontynentów: szkockiego, lekko dymnego oraz indyjskiego. Whisky  otrzymała w 2010 roku tytuł trzeciej w kolejności najlepszej whisky na świecie w Whisky Bible, rok wcześniej tytuł Best  Natural Cask Daily Dram, nadany przez Malt Maniacs. Jej aromaty są wyjątkowo bogate, od świeżo palonej kawy, czekolady , wanilii poprzez owoce cytrusowe, suszone owoce, toffi, jęczmień , do dębowego, lekko dymnego finiszu.

Kolejnym , nowatorskim rozwiązaniem ,jeśli chodzi o sposób dojrzewania whisky w beczkach jest Amrut Naarangi.

Zgodnie  z definicją whisky, jedynymi składnikami używanymi do jej produkcji  są woda, drożdże, jęczmień oraz ewentualnie barwnik naturalny karmel E-150a. Ja więc sprawić, aby whisky posiadała intensywny zapach cytrusowy, nie mogąc wzbogacić samego destylatu pływającymi w nim skórkami pomarańczy ? Otóż Amrut zakupił w Hiszpanii beczki  z sherry  Oloroso, dodał do nich skórki  lokalnie rosnących  pomarańczy i pozostawił wino na ponad dwa lata. Następnie opróżnił je i zalał  ponownie, tym razem  trzyletnią whisky , pozostawiając na kolejne trzy lata w beczce, w której uprzednio leżakowała sherry nasycona  świeżymi pomarańczami. W ten sposób definicja whisky nie została złamana, a nowe aromaty, znajdujące się w ściankach beczki trafiły do whisky. Wbrew pozorom aromat pomarańczy nie jest intensywny, jak mogłoby się wydawać,  chociaż w zapachu whisky przypomina nieco Triple Sec. Jest słodka, bardzo owocowa, o konsystencji syropu, smak pomarańczy bardziej intensywnie uwydatnia się w smaku.  To edycja limitowana, z pierwszej serii do Europy trafiło jedynie 900 butelek, z drugiej, wydanej tuż przed festiwalem WLW jeszcze mniej.

Najbardziej nowatorski  produkt destylarni- Amrut Spectrum z całą pewnością  sprawił, że destylarnia powróciła do gry o największą stawkę. To znów pierwsza w historii whisky, leżakowana w niespotykanych dotychczas beczkach, chociaż jej początek niczym nie różni się od innych. Pierwsze trzy lata whisky leżakuje w beczkach bo Bourbonie i do tego momentu niczym specjalnym się nie wyróżnia. Jednak po upływie trzech lat , pierwsza edycja Spectrum została przelana do nietypowej beczki, zbudowanej z pięciu różnych gatunków dębiny.  Beczka stworzona została w nieujawnianym miejscu Europy, przy pomocy kilku ekspertów.  Tradycyjnie beczka wykonana jest z jednego gatunku dębu, który „ użycza” aromatów leżakującemu w nim destylatowi, jednak Amrut postanowił poeksperymentować  z pięcioma różnymi gatunkami drewna, co było nie lada wyzwaniem, gdyż każdy gatunek charakteryzuje się inną  grubością, porowatością czy  kowalnością. Beczka wykonana została z klepek pochodzących odpowiednio z:  nowego amerykańskiego dębu, nowego francuskiego dębu, nowego hiszpańskiego dębu oraz klepek beczek , w których uprzednio spoczywała sherry Oloroso i sherry Pedro Ximenez. Pięć różnych wersji drewna, niektóre nowe, niektóre używane, od których oczekiwano uwolnienia aromatów , jakich nigdy dotąd w wielowiekowej tradycji  nie napotkano.  W takiej beczce destylat spędził kolejne trzy i pół roku, a jego premiera odbyła się w Szwecji.  Wg not degustacyjnych powstałych w trakcie premiery, whisky pachniała  tytoniem, cynamonem, kardamonem, czekoladą, kawą, goździkami, orzechami, powidłami, drzewem sandałowym . Tysiąc butelek tej limitowanej edycji trafiło do Europy.

W październiku 2017 pojawiło się kolejne, drugie już wydanie Amruta Spectrum oznaczonego 004, gdyż tym razem specjalną beczkę stworzono z czterech a nie pięciu gatunków dębu. Zrezygnowano z świeżego dębu hiszpańskiego, gdyż wg pracowników destylarni, miał on najmniejszy, znikomy wpływ na finalne aromaty. Pozostał amerykański virgin oak, francuski virgin oak oraz hiszpański ex Sherry Oloroso i Pedro Ximenez. Amrut Spectrum 004 jako specjalna edycja festiwalowa, pojawił się na Whisky Live Warsaw , tym razem w znacznie większej ilości, niż jego premierowa wersja. Czy utrzymał styl, poziom i klasę w porównaniu z pierwszym wydaniem  ? moim zdaniem tak. Wyjątkowo bogaty, pełen aromatów rodzynek, fig, wiśni, pomarańczy, śliwek, kawy, czekolady, skórzanych mebli, tytoniu i przypraw.

Limitowane edycje mają to do siebie, że pojawiają się nagle i szybko znikają z rynku. Warto zatem trzymać  rękę na pulsie, aby zdobyć i samodzielnie ocenić whisky, o której tak głośno na świecie. Amrut Spectrum wytyczył nowe granice w produkcji whisky , granice w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Podsumowując:

Amrut to pierwsza destylarnia z Indii produkująca  single malt i eksportująca poza granice Indii

To jedyna whisky z Indii opisana w książce „ 101 whiskies to try before you die”

To pierwsza whisky z Indii, produkowana zgodnie z wymogami Unii Europejskiej.

Przed wyborem rumu możemy czuć się zagubieni!

Przyparci do muru decyzją o wyborze właściwego rumu możemy czuć się zagubieni. Różnorodność metod produkcji i prób podejmowanych przez producentów, aby zaistnieć na rynku jest znaczna. Spieszę uspokoić, wśród rumów odnajdziemy naprawdę niezwykłe odmiany.

Przyjrzyjmy się z bliska każdej z kategorii:
Rum daleki jest od prostej definicji, mając na uwadze metody produkcji. Produkowany jest na wiele sposobów, konsumowany na jeszcze więcej. Ta uniwersalność stwarza w praktyce dość istotne ryzyko, oferowania jako „ premium” produktu o znikomej jakości. Jak często przecież słyszymy stwierdzenie „ uwielbiam ciemny rum” lub „ nie cierpię białego rumu”, chociaż bardziej istotnym jest pytanie: jak jest on produkowany. Pierwszym , najważniejszym pytaniem, które powinniśmy zadać sobie jest: z czego konkretny rum został wyprodukowany, ze świeżo wyciśniętego soku z trzciny cukrowej czy melasy. Różnica  pomiędzy nimi jest wyraźna i można jej oczekiwać w smaku destylatu.

Zacznijmy od najbardziej jałowego wyznacznika, jakim jest określenie koloru.
Biały- każdy świeżo przedestylowany alkohol jest przezroczysty. Może pochodzić z destylacji w alembikach, lub bardziej nowoczesnej metody-  destylacji w kolumnach, z profilem smakowym bardziej przypominającym wódkę. Może to również być mieszanka obydwu metod. Idąc dalej tym tropem, możemy mieć do czynienia z rumem nieleżakowanym, lub dojrzewającym w beczkach, z którego za pomocą odpowiedniej filtracji usunięto kolor, głównie na potrzeby miksologii.  Zatem „ biały” nie daje nam żadnej wskazówki na temat pochodzenia czy smaku. Bycie bezbarwnym ułatwia zastosowanie w różnego rodzaju drinkach, nic więcej.

Gold- jeszcze bardziej mętne określenie, nie sugerujące nic konkretnego. Proces maturacji w dębowych beczkach skutkuje przyswajaniem koloru z biegiem czasu. Z pewnością występuje tu korelacja pomiędzy intensywnością koloru wraz z upływającym czasem. Im dłużej rum przebywa w beczce, tym beczka intensywniej go zabarwia. To, co ważne w tym wypadku to sama beczka i jej jakość. Inny efekt przyniesie nowa, świeżo wypalona beczka, inny wielokrotnie użyta, wyeksploatowana. Inny efekt przyniesie jej mocne wypalenie, a jeszcze inny zwykłe opalenie wewnątrz. No i na koniec rodzaj dębiny: dąb amerykański, francuski czy nawet Amburana. Przywołując słowa klasyka, jest oczywistą oczywistością, że starszy nie zawsze oznacza ciemniejszy, albo że ciemniejszy oznacza lepszy. Kolor nie stanowi o smaku, im szybciej to sobie uświadomimy, tym szybciej staniemy się szczęśliwsi.

Dark- firmy posługujące się tą nazwą chcą prawdopodobnie wcisnąć nam młody rum z dużą dawką karmelu. Odpowiednio destylowany i odpowiednio dojrzały rum sprzeda się szybciej bazując na swoim wieku, niż z powodu intensywnego, ciemnego koloru. Black rum to nic innego, jak mocno barwiona wersja z odpowiednią marketingową oprawą.

Jakie zatem mamy alternatywy…

Agricole rhum- pochodzący z francuskich wysp archipelagu Karaibów ( Martynika, Gwadelupa i Marie Galante). Agricultural w tym wypadku odnosi się do alkoholu, tworzonego z surowców bezpośrednio po zbiorach.

Dobrze zrobiony rum tej odmiany może odkryć smaki trzciny cukrowej i dać poczuć smak ziemi, na której trzcina wzrastała w tak wierny sposób, jakiego nie odda żaden rum produkowany z melasy. Te intensywnie aromatyzowane odmiany oferują bogatą paletę aromatów roślinno owocowych. W tym wypadku , typowe dla innych określenie wieku na etykiecie, zastępowane jest znanymi z koniaków symbolami VS, VSOP czy XO.

Spiced i Flavoured rum to jedna z najszybciej rosnących kategorii, zyskująca obecnie dużą popularność. Zazwyczaj, ale nie zawsze, bazując na całkiem naturalnej „ bazie”, producent ma możliwość wzbogacenia smaku oszałamiającą plejadą przypraw. Mniej pomysłowi, bez polotu, ograniczają się do cukru i wanilii, bardziej kreatywni „ zanurzają przeróżne przyprawy na odpowiedni czas w gotowym rumie. W tym przypadku istnieje tendencja do butelkowania finalnego produktu z obniżoną do 35 % mocą.

Na koniec coś dla najbardziej wymagających. Idąc za przykładem producentów whisky, coraz częściej pojawiają się rumy, które przed zabutelkowaniem poddane zostały procesowi finiszowania w różnego rodzaju beczkach, aby jeszcze bardziej poszerzyć ich paletę aromatyczno-smakową.

Miałem ostatnio okazję otrzymać próbki rumów Riise, marki stworzonej dla upamiętnienia jednego z najbardziej znaczących i przedsiębiorczych Duńczyków, farmaceutę A.H. Riise, który mieszkając na Karaibach i podróżując po okolicznych wyspach, przywoził z nich sadzonki rzadkich roślin i ziół, sadząc je ponownie na zamieszkiwanej przez niego wyspie St. Thomas. Jego wielkie zainteresowanie botaniką, oraz przebogata flora Karaibów pomogły mu w produkcji lekarstw, kosmetyków i alkoholi.


A.H.Riise Sauternes Cask, to rum XO, który po wstępnym okresie dojrzewania ok. 20 lat, przelany został do beczek po słodkim, francuskim winie Sauternes z Chateau Lafon, usytuowanego w środku  światowej sławy winnicy Chateau d’Yquem. Jeśli ktoś jest miłośnikiem aromatów miodu, moreli, brzoskwini i rodzynek, to najbardziej właściwy wybór. Wersja ta butelkowana jest jako Single Barrel , a każda butelka jest numerowana.


Kolejna ciekawostka to A.H.Riise Port Cask. Podobnie jak poprzednia, to wersja XO, która została poddana procesowi finiszowania w beczkach po Porto Calem. Odnajdziemy tu słodką i owocową paleta aromatów, z wanilią, owocami leśnymi, orzechami, śliwkami i czekoladą. Także i w tym przypadku mamy do czynienia z indywidualnie numerowanymi butelkami.


A.H.Riise Christmas rum, to z pewnością najodpowiedniejszy wybór na zbliżający się powoli okres świąteczny. W tym wypadku, rum XO poddany został procesowi finiszowania w beczkach po Sherry Pedro Ximenez. Cynamon, goździki, pomarańcze, marcepan, wszystko czym pachnie świąteczny stół.

Pełna oferta rumów Riise pojawi się na festiwalu Whisky Live Warsaw, będzie zatem okazja na własnych kubkach smakowych doświadczyć, jak dobry rum może smakować.

Liczy się tylko whisky szkocka?

Świat whisky stał się dużo bogatszy, coraz to nowe destylarnie powstają w miejscach, w których pewnie większości z nas, do niedawna wydałoby się to nierealne. Przez lata przywykliśmy do szkockiej, amerykańskiej a tu takie zaskoczenie, whisky produkuje się na każdym kontynencie. Klimat , położenie geograficzne nie stanowią żadnych barier. Whisky można produkować zarówno w gorącym klimacie, najwyżej roczne ubytki w postaci „ angel’s share” będą bardziej bolesne dla destylarni, można też zlokalizować destylarnię w chłodnym klimacie, najwyżej whisky będzie trochę dłużej dojrzewać. W 1999 roku powstała w Szwecji pierwsza destylarnia whisky Mackmyra, w grudniu tego samego roku pierwsze krople spłynęły z aparatury destylacyjnej. Założona przez przyjaciół, miłośników whisky, którzy każdego roku spędzając wolne dni na nartach, zabierali na stok jakąś butelkę. I w takim właśnie miejscu zakiełkował pomysł, aby pewnego dnia zabrać na urlop swoją własną, w 100% szwedzką odmianę. Idee takie nie są proste w realizacji jakby się mogło wydawać, to olbrzymia inwestycja, która w dodatku zaczyna się zwracać dopiero po kilku latach, wtedy kiedy zgodnie z prawem, po 3 latach leżakowania w beczce dębowej, whisky można sprzedać. Może dla dużych międzynarodowych koncernów to jeden z wydatków zaplanowanych w rocznym budżecie, ale dla prywatnych inwestorów, którzy dotychczas zajmowali się czym innym to już niemałe wyzwanie. Ta pierwsza , szwedzka destylarnia jest obecnie nieczynna, ostatnia produkcja odbyła się w niej w czerwcu 2013 roku. W jej pobliżu, w miejscowości Gavle, półtorej godziny jazdy na północ ze Sztokholmu zbudowano nową. Dlaczego ? moce przerobowe pierwszej i ogromne zainteresowanie szwedzką whisky nie dały się pogodzić.

To bardzo nowoczesna destylarnia, otwarta w 2011 roku, której konstrukcja jest niezwykła, wysoka na 37 m, co czyni ją jedną z najwyższych destylarni na świecie, a cały proces odbywa się na zasadzie grawitacji. Woda i słód jęczmienny tłoczone są od góry, a potem cały proces odbywa się samodzielnie, kończąc na kotłach destylacyjnych umieszczonych w dolnej części budynku. Jest kilka czynników czyniących whisky Mackmyra wyjątkową. Po pierwsze używanie lokalnego dębu do produkcji beczek, który prawdopodobnie z powodu klimatu w którym wzrastał, dodaje tamtejszej whisky ognistej pikantności. Po drugie do wersji dymnych używa się lokalnego torfu, wydobywanego z torfowiska Karinmossen. Torf ten jest dodatkowo aromatyzowany gałązkami jałowca, co skutkuje nieco odmiennym zapachem , niż ten do którego przyzwyczaiły nas dymne szkockie. Po trzecie destylarnia korzysta z dużo mniejszych beczek do maturacji destylatu, od 100 do 30 litrów , dzięki czemu whisky dojrzewa szybciej , mając większy kontakt z dębiną.

Większość z nich to tzw 1st fill, czyli beczki napełniane po raz pierwszy, które oddają dużo więcej intensywnych aromatów, niż beczki używane wielokrotnie. Używanie lokalnych surowców, brak filtracji na zimno, wszystko to sprawia że Mackmyra smakuje inaczej. W portfolio destylarni znajdziemy whisky produkowaną według dwóch receptur: jedna łagodna, pełna owocowych aromatów, druga bardziej dymna. Bazując na tych recepturach i czterech różnych beczkach : po bourbonie, sherry ,szwedzkim dębie oraz beczce po bourbonie z pokrywami wykonanymi ze szwedzkiego dębu ( gravity) można tworzyć zupełnie różne, o odmiennym charakterze whisky. W tym roku ukazały się dwie, zupełnie przełomowe edycje, z wiekiem na etykiecie, które z racji swej ograniczonej ilości musiały być rozdzielane pomiędzy dystrybutorów na zasadzie alokacji. Pierwsza z nich Mackmyra Tolv, co po szwedzku oznacza dwanaście jest jednocześnie najstarszą whisky skandynawską, kiedykolwiek zabutelkowaną. Pochodząca z beczek 1st fill bourbon i sherry, destylowana w 2004 roku, zabutelkowana została w 2016. Z łącznej edycji 1490 sztuk, zaledwie 12 trafiło do Polski, tak dużo zakupił, mając tu całkowite pierwszeństwo, szwedzki monopol Systembolaget. Drugą, również z wiekiem na etykiecie była wersja 10 yo, do której zestawienia użyto destylatów pochodzących z beczek „virgin oak”, oloroso wykonanych ze szwedzkiego dębu oraz 1st and refill bourbon. Wysiłki destylarni nie pozostają bez echa, do wielu medali zdobywanych na różnych międzynarodowych, prestiżowych konkursach, doszedł tytuł World Distiller of the year 2015 nadany przez Wizards of Whisky Awards. Jeden z najbardziej uznanych autorów książek o whisky, który zaszczycił swoją obecnością zeszłoroczny festiwal Whisky Live Warsaw ( w tym roku także zapowiedział swój udział) Dominic Roskrow stwierdził, że whisky Mackmyra z tak dużą liczbą medali, może szczycić się mianem Best New World Whisky.

Destylarnia posiada pięć magazynów w Szwecji oraz jeden na terenie Niemiec. Głównym magazynem jest kopalnia Bodas, gdzie 50 metrów pod ziemią , w niezmiennej przez cały rok temperaturze ok 7 st C spoczywają tysiące beczek. Czy te ogromne wysiłki ,ich nowatorstwo , potrafią pozytywnie zaskoczyć coraz szersze rzesze miłośników whisky ? Myślę że tak, aby jednak się przekonać, nie pozostaje nic innego jak tylko sięgnąć osobiście po trunek z destylarni Mackmyra. Wybór jest przeogromny, gdyż oprócz podstawowych wersji, dostępnych przez cały rok, jak Bruks, Svensk Ek czy dymnej Rok, dwa razy do roku pojawiają się limitowane, sezonowe edycje. Pośród nich takie, które dojrzewały beczce po winie z soku brzozy, po grzanym winie, po piwie, rumie.

Warto też wspomnieć na koniec, że to właśnie whisky Mackmyra i jej unikatowy charakter przekonał członków zespołu Motorhead, do produkcji ich własnego trunku, Motorhead whisky, która niedawno pojawiła się na polskim rynku. Powstała ona po długich miesiącach poszukiwań destylatu, odpowiadającego swym temperamentem liderowi zespołu , a taki właśnie odnaleziono w Szwecji. Pamiętajmy zatem, że sięgając po butelkę whisky Motorhead, sięgamy po jedną z receptur destylarni Mackmyra, wyjątkowo słodką, gdyż takiej poszukiwał Lemmy Kilmister.

Przygoda z japońskim dębem…

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie wizyta w destylarni Chichibu w 2016 roku, jakże odmienna od wszystkich szkockich czy japońskich, które dane mi było odwiedzić.

Do destylarni można dostać się na dwa sposoby ( moją bazą wypadową było  Tokio) : droższy podróżując szybkim pociągiem Shinkansen i przesiadając się na stacji Kumagaya, lub tańszym , wsiadając do pociągu linii Chichibu Limited Express na stacji metra Ikebukuro i dojeżdżając bez przesiadki do celu. Pozostaje nam jedynie na stacji docelowej Seibu złapać taksówkę i po ok. 20 min jazdy dotrzeć do miejsca przeznaczenia.

Sercem destylarni jest Ichiro Akuto, właściciel, menadżer i master blender w jednej osobie. Chichibu nie posiada „ visitors center”, każda zatem planowana wizyta wymaga wcześniejszego kontaktu z destylarnią. Co odróżnia Chichibu i jej właściciela od innych, rozsianych po całym świecie destylarni ? z pewnością miłość do japońskiej odmiany dębu, zwanego Mizunara.
90% whisky dojrzewającej na świecie spoczywa w beczkach po Bourbonie wykonanych z amerykańskiego dębu. Bardziej kosztowne, są beczki po Sherry z europejskiego dębu, ale ostatnimi czasy coraz głośniej o japońskiej odmianie dębu zwanej Mizunara.

Jednak ta dębina to zmora dla producentów whisky z dwóch powodów:

Po pierwsze wyjątkowo trudna do zdobycia i wyjątkowo droga, po drugie ciężka w obróbce i przeciekająca.  I co z tego, kiedy producenci whisky zarówno w Japonii jak i poza nią rozkochali się w Mizunarze.  Aromaty i smaki rozwijające się wewnątrz beczki podczas maturacji przypominają japońskie świątynie, drzewo sandałowe, czy ciężarówki załadowane po brzegi świeżymi kokosami.

Za ten przywilej, skłonni są poświęcić pieniądze, czas, krwawicę, pot i łzy.

Najlepszym sposobem na pozyskanie tego gatunku drzewa jest wyprawa  na największą w Japonii aukcję , odbywającą się w miejscowości Asahikawa na północnej wyspie Hokkaido, w okresie zimowym, gdzie pomiędzy grudniem a marcem pnie Mizunary są sprzedawane. Dwa dni należy poświecić na inspekcję wystawionych bali, trzeci dzień na zaoferowanie swojej stawki.

Jednak aukcja taka ma niewiele wspólnego z aukcjami, które znamy, tu w ciągu jednego dnia sprzedawane jest kilka tysięcy sztuk, stąd na podjęcie decyzji mamy zaledwie sekundy, w dodatku obstawianie odbywa się w ciemno. Oczywiście im dalej w las tym łatwiej, znając ceny po których zakupiono poprzednie sztuki, łatwiej obstawiać jest kolejne, chociaż tam gdzie jest światło, czai się również ciemność. Z biegiem dnia, ceny windują do góry.  Dodatkowo producenci whisky muszą konkurować z producentami mebli, którym też zależy na zdobyciu najlepszych okazów. Pień Mizunary musi być przede wszystkim wolny od jakichkolwiek defektów, wyjątkowo prosty i odpowiednio szeroki ( przynajmniej 50 cm średnicy), a o taki niełatwo.

Pień taki zostaje pocięty na deski i pozostawiony naturze przynajmniej na dwa lata, aby powietrze je podsuszyło. Jednak najgorsze jeszcze przed nami, Mizunara bowiem, w przeciwieństwie do innych odmian dębu, posiada wyjątkowo niską zawartość  tylozoidu, materii przypominającej pęcherzyki ,odpowiedzialnej za uszczelnianie drewna, co sprawia, że beczki wykonane z Mizunary przeciekają.

Niektórzy  bednarze w Japonii  rozwiązują ten problem poprzez malowanie zewnętrznej strony beczki płynem zwanym Kakishibu, sfermentowanym sokiem otrzymywanym z niedojrzałych owoców persymony ( kaki). Takim właśnie sokiem zabezpieczano kiedyś parasolki  czy papier śniadaniowy przed przemakaniem. Niby w 100% naturalny zabieg, ale jednak….

Ichiro Akuto, właściciel destylarni Chichibu znalazł na to sposób. Zamiast cięcia pni Mizunary piłą , jak to ma miejsce w obróbce dębu amerykańskiego i europejskiego, należy rozdwajać kłody siekierą, wzdłuż naczyń biegnących wewnątrz pnia. Gdyby pnie Mizunary były proste, piła nie narobiłaby większych szkód, jednak w większości przypadków są one pogięte i pokręcone, stąd idealne, proste cięcie piłą nie przyniesie pożądanego rezultatu.

Pozyskiwanie Mizunary z parków narodowych jest zakazane, stąd jedynym miejscem zakupu są prywatne plantacje. Miłość Ichiro do dębiny japońskiej widać gołym okiem. Wystarczy odwiedzić destylarnię Chichibu, jedyną na świecie, gdzie osiem kadzi fermentacyjnych wykonanych jest właśnie z mizunary.  Kolejnym krokiem było zasadzenie przez pracowników destylarni tej japońskiej dębiny w pobliżu destylarni. Co prawda potrzebne będzie kolejne 150 lat, aby użyć ich do produkcji beczek, jednak cierpliwość Japończyków pozwala optymistycznie patrzeć w przyszłość.

Ponieważ tworzenie beczek odbywa się ręcznie w destylarni, wykonanie jednej zajmuje pełny tydzień.

Większość z nich to beczki typu hogshead, mimo że trudniejsze do wykonania. Klepka w  takiej beczce jest bowiem krótsza niż np. w beczce typu butt czy puncheon, stąd używając do jej produkcji mizunary- musi być ona grubsza, tym samym cięższa w obróbce, gdyż istnieje niebezpieczeństwo pęknięcia.

Warto w tym miejscu jeszcze wspomnieć o cenie takiej beczki. Powszechnie wiadomo, że najtańsza beczka po Bourbonie, jest dziesięciokrotnie tańsza od beczki po Sherry. Za beczkę z japońskiej dębiny trzeba zapłacić trzykrotną cenę beczki po Sherry, nie ma się więc co dziwić, że ceny whisky pochodzącej z Mizunary potrafią przyprawić o zawrót głowy.

Czego jednak się nie robi, aby finalny produkt, jego aromat i smak  przypominały japońską atmosferę, świątynie buddyjskie , świątynie  shinto  ,palone kadzidła. A wszystko za sprawą wizyty Ichiro Akuto w jednym z japońskich barów w 2004 roku, gdzie spróbował 40-sto letniej Yamazaki, w pełni leżakowanej przez 40 lat w mizunarze. Tak wszystko się zaczęło.